wtorek, 10 marca 2015

Wycieczka do Botswany ;-)


Moja żona Elżbietka (oby żyła w zdrowiu, szczęściu i pomyślności) opuściła mnie i na blisko 3 tygodnie udała się na Madagaskar w szczytnym celu pozyskania funduszy na nasz bilet powrotny do kręgu kultury europejskiej. W tym czasie ja, tęskniący mąż, żeby zabić czas oczekiwania na Jej powrót wyjechałem na wycieczkę do pobliskiej Botswany, by zobaczyć nowy kraj i zabić dłużący się czas oczekiwania na powrót małżonki.
Cóż mogę powiedzieć o Botswanie? Chcecie jednym zdaniem? Proszę: krajobrazowo nuda - „nic się nie dzieje, aż się chce wyjść z kina”! I pewnie każdy zakrzyknie - ależ jak to?! Nuda w Botswanie? To nie jest możliwe!!! Oczywiście jeśli mamy obraz Botswany wyniesiony z filmów, w których Krysia Czubówna usypia nas swoim pięknym, niskim głosem, to owszem, takie stwierdzenie może wywołać zdziwienie i bunt. Jednak jeśli jedzie się przez ten kraj rowerem, to sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Zrobiłem w tym kraju grubo ponad tysiąc kilometrów i w zasadzie cały czas jechałem przez busz. Nic, tylko krzaki i niewysokie drzewa. Czasami proste odcinki miały po 40-50 km, więc wrażenie ubywania dystansu  było mocno zaburzone: zmienność krajobrazu jak na bieżni w osiedlowym klubie fitness.
Ale… zawsze jest jakieś ale, więc i tym razem go nie zabrakło. Po pierwsze zaraz  po przepłynięciu promem rzeki Zambezi i wylądowaniu po stronie botswańskiej z krzaków wyskoczyło stado guźców (chyba najbrzydszych zwierząt na świecie). Gdy tylko zwolniłem, żeby zrobić im zdjęcie, wszystkie zerknęły na mnie złowrogo, warknęły coś niemiłego pod nosem i tym sposobem skutecznie zmniejszyły moje fotograficzne zapędy. Kilka kilometrów dalej pierwsze stado słoni: jakieś 15 osobników różnej wielkości, wieku i płci pasie się spokojnie tuż przy drodze.  Zatrzymuję się i czekam. Samochody ostrożnie przejeżdżają, a ja stoję. Po kilkunastu minutach zatrzymuje się szarym pickupem jakaś kobieta i pyta na co czekam - takim tonem jakby mówiła: „Czego ty tu biały idioto szukasz z tym rowerem?”. W końcu jednak eskortuje mnie przez kilkaset metrów, a ja chowam się za jej samochodem przed bystrym słoniowym wzrokiem. Chwilę później podobna historia, tylko eskorta znacznie milsza. Dzięki takiemu chowaniu się za samochodami da się w miarę bezpiecznie poruszać między stadkami słoni.
Rzadko korzystam z kempingów: śpię najczęściej w buszu, ze dwa razy na stacji benzynowej, przy posterunku policji, na bramie parku narodowego czy przy przekaźniku GSM, gdzie zawsze jest strażnik i co najważniejsze woda. Południowa część mojej botswańskiej wycieczki to tereny potężnych farm, gdzie hoduje się głównie krowy oraz trochę kóz i owiec. Nam farma kojarzy się z pastwiskiem - w Botswanie jest to ogrodzone kilka tysięcy hektarów buszu. Wszyscy ostrzegają mnie przed lwami, ale kiedy pytam czy ktoś tu kiedyś jakiegoś widział, trudno znaleźć taką osobę. Niezmiernie mnie zaskoczyło ciągnące się setkami kilometrów elektryczne ogrodzenie, oddzielające północną część kraju od południowej, mające zapobiegać przemieszczeniu się dzikich zwierząt.
  Ludzie w Botswanie robią wrażenie znacznie mniej serdecznych niż w Zambii, ale nigdzie nie spotkałem się z przejawami niechęci. Są pomocni, gdy zapyta się o drogę, sklep czy kemping, ale raczej sporadycznie ktoś sam zapyta czy nie potrzebuję wsparcia. Niemniej jednak zdarzają się miłe wyjątki: czasem ktoś przyniesie zimny napój czy poczęstuje „fetkejkiem” (prymitywną wersją naszego pączka, który sądząc po zapachu raczej nie był smażony na oleju jadalnym), zdarzają się również propozycje podwózki: „Wrzuć rower na ciężarówkę, to cię podrzucę ze 100 km, bo gdy patrzę na ciebie to cierpię…”.
Oczywiście niezmienne zdziwienie wywołuje fakt, że nikt mi/nam za tę jazdę nie płaci i że męczę się/męczymy się za nasze własne pieniądze. W jednym z barów na stacji benzynowej przysiadła się do mnie sporej wielkości młoda dziewczyna, jak się okazało ktoś na kształt menadżera. Zaczęła wypytywać o moją podróż i tłumaczyć to na język sotswana swojej jeszcze potężniejszej kierowniczce. Oczy tej drugiej robiły się coraz większe, opadła na plastikowe krzesło, które aż jęknęło z wysiłku. Kiedy usłyszała, że jadę z żoną, a zaczęliśmy naszą podróż półtora miesiąca temu w Namibii, powiedziała tylko: „yyyyy…!” (coś a la „o ja pierdziu…!”). Pytanie: „aaaaayyoo…?”. Moja odpowiedź: „Do Mombasy”.  Znowu zmięła w ustach „yyyyy…” i wyszła.   Tutaj to jest zupełnie niepojęte, że można się tak męczyć i jeszcze samemu za to płacić. No i te tysiące lwów, które czyhają na każdym kroku, a my, nieświadome makuły (białe ludzie), tylko narażamy się na śmierć w paszczy potwora!

Czy warto pojechać do Botswany? Oczywiście! Jest kilka spektakularnych parków narodowych (chociażby Chobe czy Okawango) z ogromną ilością wszelakich zwierząt znanych ze wspomnianych wyżej filmów wyświetlanych w niedzielne przedpołudnia, ale wymaga to zupełnie innego transportu niż nasz. Bez samochodu z napędem 4x4 nie zostaniemy wpuszczeni na teren żadnego parku. Nawet autem najlepiej jechać w grupie, bo drogi często są trudno przejezdne i czasem niezbędna jest pomoc drugiego pojazdu. Jeśli mamy taki pojazd, czy to swój czy wypożyczony, to wrażenia są zupełnie unikalne. Poza tym Botswana to kraj bogaty, w miastach są dobrze zaopatrzone sklepy, główne drogi doskonałej jakości, a kierowcy kulturalni i w większości przestrzegający przepisów. W wioskach jest elektryczność i woda, a rząd wdraża skuteczne programy antykorupcyjne (ewenement w Afryce!) i dba o ochronę zwierząt. Oczywiście trudno to porównać z krajami europejskimi, ale bez wątpienia na tle Czarnego Lądu Botswana wybija się na plus. Zdecydowanie polecam. Ale z radością wracam do Zambii…;)

Prom do Botswany

Krajobrazowo: nuda :-)

Stadko słoni

Kierowniczka 

"Uwaga na zwierzęta, zwłaszcza nocą"

Pyszna kawa i "fetkejki"

Kość słoniowa :-)

Wychodek też może być śliczny

Czekając na autobus

Mama-fryzjer

"Jak mi smutno bez mojej żony - oby żyła w zdrowiu... ;)"

Żona wróciła i rozpakowała bagaże :-D

niedziela, 15 lutego 2015

Życie w Afryce


Zapewne większość ludzi jest w stanie intuicyjnie wymienić tzw. wielką piątkę, czyli pięć najsłynniejszych zwierząt Afryki. Zapewne niektórzy znają również brzydką piątkę, chociaż z tym może być już znacznie gorzej. Ale poza tymi najsłynniejszymi jest jeszcze tysiące innych gatunków, znacznie mniej spektakularnych niż wspomniane „piątki”. Podczas podróży rowerowej towarzyszą nam niezmiennie, szczególnie podczas postojów w buszu, w trakcie posiłków, noclegów i w ogóle są tłem naszej egzystencji. W większości nie potrafimy ich nazwać, czy nawet zauważyć, ale wiemy, że nam nieustannie towarzyszą.
Najliczniejszą grupę stanowią mrówki. Mrówki są wszędzie. Nie ma miejsca gdzie można się zatrzymać i nie widzieć mrówek. Część z nich jest nieszkodliwa i wzbudza jedynie nasz podziw w kilka minut potrafiąc zutylizować wszelkie resztki jedzenia jakie produkujemy.  Te mrówki wysyłają swoich zwiadowców, którzy przeczesują teren w poszukiwaniu pokarmu. Gdy znajdą coś ciekawego najpierw próbują czy to aby jest smaczne, poliżą, dotkną palcem, sprawdzą czy ładnie pachnie, obejdą dookoła kilka razy szacując ile kolegów i koleżanek trzeba, żeby to przetransportować do magazynu. Dokonawszy oględzin lecą do chałupy, zwołują towarzystwo i zaczyna się procedura transportu. Jeśli kąsek  jest mały (nie przekracza wagi tysiąca mrówek) to zabierają go w całości. Jeśli większy, to część zajmuje się dzieleniem zdobyczy na kawałki, a pozostałe noszą je do domu. Najbardziej lubią ser żółty, cebulę i ciastka kokosowe.
Są jednak również mrówki, których działanie jest co najmniej nieprzyjemne. Gdy tylko nieświadomie człowiek postawi stopę w ich zasięgu to momentalnie wskakują na stopy i zaczynają gryźć. Nie tak jak nasze krajowe mrówki, które wypuszczają swój nieprzyjemny jad, ale rzucają się z zębami na nasz kończyny i obgryzają ją z mięsa. Gdyby zostać w takim miejscu nieco dłużej, to zostalibyśmy w ciągu godziny skróceni przynajmniej o stopy. Mrówki te poruszają się bardzo szybko i po kilku z nimi spotkaniach zaczynamy już rozróżniać je po chodzie.
Wielkość mrówek jest bardzo różna: od takich, które ledwie można zauważyć do takich mających ponad 2 cm. Wszystkie one współżyją niezmiennie wzbudzają nasz respekt i podziw swoją pracowitością i niewyobrażalną ilością.
Poza nimi jest oczywiście mnóstwo much wszelkiej maści tłumnie zlatujących się do naszych posiłków, są wszędobylskie i groźne komary, kolorowe motyle, krocie chrząszczy, pająków, gąsienic i krocionogów wielkości konspolowych parówek i wszystko to sprawia, że nasze życie tutaj jest niezmiennie ekscytujące.
 Najwięcej słów uważanych ogólnie za obraźliwe spowodowanych jest przez stworzenia wydające dźwięki w nocy.  Człowiek spokojnie rozłoży namiot, zrobi posiłek, skonsumuje na spółkę z mrówkami i chciałby się położyć spać, ale się  nie da. To jakieś malutki, nienamierzalny świerszczyk będzie brzęczał z pobliskiego krzaczka, to jakiś ptak będzie darł dziób na drzewie nieopodal, a jak nocleg wypadnie w wiosce lub w jej pobliżu, to bez wątpienia osioł spragniony oślicy będzie ryczał romantycznie średnio co 15 min przez całą noc.
 Najgorzej jest na ranem. Człek przewraca się w namiocie z boku na bok chcąc dospać do 6-tej, ale się nie da. O 3.30 włącza się ptak-sonar: nie ma na niego siły. Co 10 sek. wysyła charakterystyczny dźwięk jakby poszukiwał łodzi podwodnych, potem dochodzi do niego ptak-telefon definitywnie wybijając nas ze snu i generując kolejną serię brzydkich wyrazów. W wioskach zaczynają piać koguty i krowy dzwonić swoimi dzwonkami a wszystko to o jakieś 2 godziny za wcześnie. Kiedyś, odezwał się owad-cyrkularka wydając przeraźliwy odgłos podobny do tego przy cięciu deski na cienkie listewki. Ale na szczęście chyba nie tylko mi to przeszkadzało, bo kilka chwil późnij usłyszałem z tego samego miejsca ptaka-sonara, który chyba zjadł owada-cyrkularkę, bo ten się już więcej nie odezwał…

Tylko moja żona Elżbietka (oby żyła w zdrowiu, szczęściu i pomyślności) śpi spokojnie i nie słyszy żadnego z tych cudów nieznośnej afrykańskiej natury… 

Feeria smaków i zapachów :-)

Wołowina rządzi 

Mięso podawane na liniuszku :-P

Lokalne słodycze

A na stole zawsze mamy obrus :-)

Wypadek ciężarówki wiozącej pomarańcze - policja pilnuje rozsypanego towaru

Toaleta przy pompie 

Teren nam się nieco pofałdował

środa, 4 lutego 2015

Powrót na rower


Moją uwagę przykuła zieleń - ogromne połacie lasów o barwie wiosennej trawy ciągnące się w nieskończoność. Samolot, którym wracałam do Livingston, obniżał lot, z pozycji ptaka widziałam wodospady Wiktorii spadające w przepaść rozstępującej się ziemi. „Ile powierzchni tego kraju zajmują lasy?” - myślałam. Pod względem terytorium Zambia jest ponad dwukrotnie większa od Polski, mając niemalże cztery razy mniej niż my mieszkańców.
Jeden dzień spędziliśmy na campingu, przygotowując rowery i siebie na dalszą drogę. Tomek rzucił:
- Może znajdziemy jakiś krótki kurs portugalskiego w mp3, żeby w Mozambiku móc się dogadać w prostych sprawach?
Tak oto już kolejnego dnia podczas jazdy słuchałam dziwacznych zlepków słów: „Ił szto aki”, „Nosz doisz”, „Ułomen, emuler, ekriansa”. Brzmi jak rosyjski? Madziarski? Niektórzy mówią, że jak polski!
Naszym głównym zajęciem było unikanie deszczu. Trzeba przyznać, że jak na porę deszczową mamy dużo szczęścia: burza na drugiej, gwałtowny opad na piątej - a u nas sucho. Lawirowaliśmy tak pomiędzy ulewami przez kilka dni, raz tylko złapała nas niegroźna mżawka. Zapowiadało się jednak na mokrą nocną przygodę, rozglądaliśmy się więc za schronieniem. O zachodzie słońca zatrzymaliśmy się przy małym, okrągłym zadaszeniu wspartym na kilku palikach. Pod strzechą palił się ogień, przy którym siedziało kilku mężczyzn. Za drzewami nieco dalej od drogi widzieliśmy pustostan.
- Hello, jak się macie! Zimno, co? - zaczęliśmy o pogodzie, żeby szybko przejść do treściwszej konwersacji. Mężczyźni siedzieli pod dachem tuż przy drodze, ponieważ czekali na kierowców ciężarówek jadących z RPA czy Namibii. Kupowali od nich paliwo. Oczywiście nielegalnie, dlatego beczka była schowana w krzakach.
- Ile? Około 500 litrów. Płacimy 5 kwacha za litr, a sprzedajemy po 7.
Taki biznes. Był wśród nich pastor, który poczęstował mnie gotowaną kukurydzą i powiedział, że możemy zanocować w kościele - bo jak się okazało „pustostan” był nieukończoną jeszcze, częściowo zadaszoną świątynią. Tak oto znaleźliśmy suchy nocleg. Byliśmy szczęśliwi, że nad nami wisi blacha, kiedy po północy obudziła nas ulewa trwająca do dziewiątej rano.
Dwa dni później zdecydowaliśmy, że zanim opuścimy Zambię, zajrzymy do Lusaki - do siostry Judyty ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny. Dotarliśmy pod supermarket Pick’n’Pay późnym popołudniem. Siostra przyjechała po nas pickupem.
- Łatwiej mi będzie odebrać was stamtąd, niż tłumaczyć drogę - powiedziała mi wcześniej przez telefon. - Tutaj nie ma ulic!
Szła w naszą stronę spokojnym krokiem, cała w bieli, pamiętam jej ciepły uśmiech i błękitne oczy. Po kilku zdaniach wiedziałam, że ma w sobie dużo serdeczności i siły, że to nie jest kobieta, którą można stłamsić. Szybko potwierdziły to usłyszane historie:
- Obecny prezydent (wybrany 3 tygodnie temu) Edgar Lungu pochodzi z Chawama, z naszej dzielnicy - mówiła, kiedy przyjechaliśmy na miejsce. Wydawało nam się, że jesteśmy w oazie porządku, znajdującej się pośród chaosu na ulicy za bramą. Tam - przechodnie, przekupnie, kierowcy nie zwracający uwagi na pieszych, ruch, dziury w drodze, kałuże, brud i hałas. Tu - spokój, dzieci w mundurkach (siostry prowadzą szkołę dla sześciuset uczniów), alejki wyłożone kamieniem.
- Kiedy Lungu jeszcze był posłem, wydarzyła się taka historia - kontynuuje siostra. - Ksiądz z Rwandy podczas kazania wspomniał o biedzie narodu i o słabych zbiorach. Nawiązywał do ewangelii, ale ktoś musiał donieść, a nasz poseł zaraz księdza deportował. No bo czemu ośmiela się mówić, że komuś w tym kraju źle się dzieje? - siostra zaczyna się śmiać. - Szybko odezwały się głosy oburzenia: „A gdzie wolność słowa? Przywrócić księdza!”. No i wrócił. Jakiś czas później poseł przyjechał do nas. Nie chciałam rozmawiać na ten temat, ale sam zaczął - siostra chichocze. - Powiedział, że był u Ojca Świętego i dostał błogosławieństwo. A ja na to: „Bo Ojciec Święty nie wiedział, że deportujesz księży!”. Zaczął się tylko śmiać: „Ale dzięki temu przez chwilę obaj byliśmy sławni!”.
Wieczorem obeszliśmy z siostrą zabudowania szkolne, przedszkolne, dom dla bezdomnych i sierociniec. Usiedliśmy w ogrodzie, który od czasu do czasu przynosi mały dochód - wynajmuje się go na uroczystości - i pytaliśmy. O sposób finansowania, zdrowie, o nadużycia wobec dzieci i o szamanizm. Ten ostatni jest ukryty przed okiem białych, ale podobno jest go tutaj więcej, niż w sąsiednich krajach. Do szamana idzie się, kiedy dziecko dziwnie się zachowuje (co może być skutkiem np. padaczki), kiedy chce się zaszkodzić sąsiadowi albo ochronić się przed lwami. Ale są też ludzie, którzy zajmują się znajdowaniem magów korzystających ze złej mocy, tak zwani witch founder.
- W ostatnich kilku latach trzy razy czytałam w gazecie, że zabito kogoś, kto był podejrzewany o czarną magię - mówi siostra. - Czasem ludziom wystarczy, że zobaczą w czyimś domu węża, żeby oskarżyć go o nieczyste praktyki.
W salonie, gdzie siadamy wieczorem następnego dnia, twarz Che Guevary przygląda się wiszącej na przeciwległej ścianie Świętej Rodzinie. Zdumieni pytamy, skąd tu jego podobizna.
- Dostałam ten obraz od ambasadora kubańskiego - mówi siostra z uśmiechem. - Kiedyś na spotkaniu posadzono mnie koło niego. W trakcie rozmowy powiedziałam mu, że to Jezus był pierwszym komunistą! Był zaskoczony moim sposobem myślenia, potem odwiedził nas w konwencie, przyszedł też na marsz, podczas którego zbieraliśmy datki. To był 14 czerwca, rocznica urodzin Che - wtedy dał mi ten obraz - siostra się uśmiecha. - Niektórzy są oburzeni, kiedy go tu widzą. Usłyszałam kiedyś nawet: „Tego zbrodniarza tu powiesiliście?!”. Ale potrzeba przecież trochę poruszyć umysłami innych - dodaje i zaczyna się śmiać.

PS. Umówiliśmy się na spotkanie z siostrą Judytą w maju - w Polsce J

Wodospady Wiktorii z lotu ptaka

Nocleg w kościele

Tankowanie wody na stacji benzynowej

W warcaby - na pieniądze :-)

Kubek gąsienic za dolara :-)

Siostra Judyta

Nasz apartament u sióstr w Lusace

Przedszkolaki

Tomek z koleżkami spod lokalnego baru;-)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Podróż poślubna w pojedynkę


Postanowiłam napisać, choć ten post nie będzie dotyczył wspólnej jazdy, pomyślałam jednak, że trzeba przerwać trwającą na naszym blogu ciszę ;-) Tomek właśnie przemierza rowerem Botswanę i nie ma Internetu. Mam tylko urywane wieści z jego smsów:
„U mnie wszystko dobrze, choć jechało mi się kiepsko i pod wiatr. Śpię na stacji benzynowej”.
„Jestem niedaleko Gwata, zmierzam w stronę Motopi, a stamtąd do Francistown. Było dziś strasznie gorąco, a miałem tylko słoną wodę”.
„Dziś były 4 słonie i 0 lwów”.
„Śpię przy posterunku policji”.
„Miały być lwy, a tu nic, tylko krowy”.

Oczywiście nie cytuję wszystkiego ;-)


Ja w tym czasie z grupą przemierzam Madagaskar.

Wilka Czerwona Wyspa - miejscowi mówią, że była zielona zanim wycięto lasy odsłaniając ziemię - jest zamieszkała przez ludzi, w których płynie krew z Azji i z Afryki. Kontynentalnie należy do tej ostatniej, ale jej obywatele najczęściej mówią: „Nie jestem Afrykańczykiem, jestem Malgaszem!”. Posługują się językiem, którego zaśpiew kojarzy mi się z chińskim, chociaż od czasu do czasu wyłapuję słowa podobne do suahili i… do polskiego! Nasz przewodnik John, który ma świetny  słuch, wyłowił wczoraj z naszej rozmowy wyraz „gazeta” i „parasol” - brzmiące, jak się okazało, tak samo w jego języku.
- Dlaczego używacie naszych słów? - spytał, uśmiechając się od ucha do ucha.
- To wy mówicie naszymi! Przecież jesteście młodszym narodem! - zaśmiałam się.
Rzeczywiście Madagaskar jest jednym z najpóźniej zasiedlonych miejsc świata. Mieszkańcy Malezji i Indonezji przybyli tu dopiero dwa tysiące lat temu. Na płaskowyżu przeważają azjatyckie rysy twarzy i niski wzrost. Pracowitość mieszkańców jest łatwo dostrzegalna: wszystkie miejsca, które tylko dało się poddać ludzkiej ręce, są przerobione na poletka z ryżem. Stoi w nich woda, kobiety zanurzone po łydki przesadzają młode, jasne rośliny z matecznika. Mężczyźni orzą, używając zaprzężonego w krowy pługa, na którym dla obciążenia siedzi chłopiec. Gdzie indziej młodzi mężczyźni młócą ziarno: grubymi wiązkami ściętego ryżu uderzają raz po raz o kamień, krople nasion spadają na rozłożone plandeki. Śmieją się, kiedy robimy im zdjęcia; nie wyciągają rąk po pieniądze ani po cadeau (fr. prezent).
Malgasze doszli do perfekcji w recyklingu, również swojego ukochanego bydła zebu. Za życia krowa daje mleko i cielęta, po śmierci mięso, kości i rogi, które jeszcze można przerobić. Na przykład na łyżeczki albo miski. Na bransoletki, wisiorki i kolczyki. Na miniaturowe lemury, a nawet na piórka do gitary! Kość przemielą i wysypią na pole, żeby je użyźnić. Przerobią też puszki - na małe rowery. Szprychy zrobią z żyłki wędkarskiej, siodełko z drewna a opony z rurki do kroplówki. Produkują lokalne wino, czarną herbatę i dziki jedwab, a także prześliczny papier czerpany, w który wplatają kolorowe płatki kwiatów.
Malgasze uwielbiają śpiewać. W co drugim barze regularnie odbywa się karaoke, na które w końcu też się wybraliśmy. Byliśmy już w Toliarze, nadmorskiej miejscowości na zachodnim brzegu wyspy, skąd mieliśmy wyruszyć łodzią do Anakao. 200 km na północ od nas grasował cyklon.
Niemal wszystkie stoliki w pubie były zajęte, usiedliśmy tuż pod małą sceną. Weszły dwie dziewczyny, ta w czarno-białej, krótkiej sukience zgrabnie przysiadła na wysokim krześle i przybrała pozę gwiazdy. Miała piękny głos i ani odrobinę tremy, widać było, że śpiewa nie pierwszy raz. Potem młody chłopak z papierosem w ręce i damsko-męska para. „Nasi” też poszli się zapisać, tzn. jeden z kierowców i John. Jedni śpiewali po malgasku, inni po francusku, niektórzy w języku angielskim. Była przyjazna atmosfera, oklaski po występach i piwo THB (Three Horses Beer - ang. Piwo Trzy Konie). Przyglądałam się twarzom - wyraźnie zmieniły rys na afrykański. Niedługo miałam się przekonać, że i zachowanie miejscowych się zmieniło.
Cyklon ominął Toliarę i kolejnego ranka zaprzęgiem ciągniętym przez woły dostaliśmy się na łódź, która zabrała nas do Anakao. Plaża pokryta była muszlami, dalej łodziami rybackimi i dziećmi. Dzieci się bawiły - to mnie zdziwiło, bo w Afryce na plaży najczęściej pracowały: na przykład zbierały małże dla restauracji. Ale i tam, i tu żebrały: o długopis, słodycze albo inne cadeau. Dołączały do nas jedno po drugim, niektóre próbując coś sprzedać. Potem przyszły kobiety, proponujące masaż i mężczyźni oferujący poranne łowienie ryb (trójka mężczyzn z naszej grupy kolejnego dnia skorzystała i przywiozła na lunch 12 sztuk!).
Słońce opadło, spokojna woda zacierała nasze ślady, kiedy wracaliśmy do hotelu. Kolejne dwa dni były jedną wielką sjestą - na łódce, na wyspie albo w barze J

PS. Dziękuję ogromnie Zbyszkowi Kuncewiczowi za przywiezienie na Madagaskar map i linek do rowerów - już za tydzień będą nam potrzebne J

Pola ryżowe

Dzieci z małej wioski Vato Fotsy 

Przygotowanie pola pod zasiew ryżu

Chusty z dzikiego jedwabiu

Lemur katta (na toaletę zszedł na kamień ;-)

Matecznik - stąd przesadza się roślinki na inne poletka

Nasz kierowca Fidi śpiewa "do kotleta" ;-)

Kolczyki z rogu krowy zebu

Rower z puszki i innych drobiazgów - zabrałam jeden jako zapasowy ;-P

Żniwa - pełna mechanizacja ;-)

Ręcznie robiony papier ozdobiony płatkami świeżych kwiatów

Plantacja herbaty w Sahambavy

 Żaba pomidorowa

Dzieci z plemienia Vazo nad Oceanem Indyjskim

Zachód słońca nad Toliarą


sobota, 10 stycznia 2015

Opuszczam Wielki Czarny Ląd


Lotnisko w Livingstone przedstawia iście zaskakujący widok.

Po wejściu do gmachu lotów międzynarodowych (wyglądał znacznie nowocześniej niż loty wewnętrzne, ale nie miałam czasu dokładnie się mu przyjrzeć, ponieważ byłam co nieco w pośpiechu: do ostatniej chwili pracowaliśmy z Tomkiem nad blogiem i wpisem na Facebook - przy tutejszych wahaniach w mocy Internetu jest to prawdziwa praca! J ) nie wiedziałam, dokąd dalej.
- Na końcu w prawo - usłyszałam. Było tu wszystko, tylko nie stanowiska check-in. Po wejściu we wnękę zobaczyłam odprawę bezpieczeństwa. „OK, jak w Dar es Salaam”, pomyślałam. W tym nadmorskim porcie Tanzanii walizki sprawdzane są dwukrotnie: w głównych drzwiach (skanuje się obydwa bagaże, również rejestrowany), a potem standardowo już bagaż podręczny. Tutaj jednak jest to jedyna odprawa! Przeskanowano wszystko i dopiero potem mogłam ruszyć do stanowiska, żeby się odprawić. Miałam najmniejszy i najlżejszy bagaż z jakim kiedykolwiek podróżowałam: 3,9 kg! A wszystko dlatego, że większość rzeczy, których będę potrzebowała na Madagaskarze, przywiezie mi z Polski grupa (jestem Wam ogromnie wdzięczna za tę pomoc!).
W powietrzu cisza. Żadnych zapowiedzi, żadnej muzyki, ludzi niewiele. Kontrolę paszportową minęłabym, gdyby mnie nie zawołał celnik: siedział za biurkiem tak wysokim, że nawet go nie zauważyłam. Wbił pieczęć i pozwolił iść.
- Tędy? - spytałam. Miałam wrażenie, że pierwszy raz znalazłam się na lotnisku: gdzie są te wszystkie oznaczenia, dzięki którym człowiek machinalnie idzie od punktu A do Z?
Sklepy - to zobaczyłam najpierw. Z tkaninami, rzeźbami, z drogocennymi kamieniami. Bramek prawie nie widać: dopiero potem dowiaduję się, że są dwie. Z sufitu zwisają ekrany, ale nie wyświetlają się na nich żadne informacje. Na ścianie zegar pokazujący za pięć pierwsza. Potem drugi i jeszcze jeden, na każdym ten sam czas. Za pięć pierwsza? Przecież wyruszyłam z centrum wpół do drugiej!
W powietrzu cisza, miejsc dla oczekujących dużo: prawie wszystkie wolne. Dziwnie. Zero ruchu, jak na lotnisko. Ze sklepu z biżuterią widać dziurę w podłodze, sprzedawczyni tłumaczy, że nadal trwają tu prace budowlane. - Będzie winda! - mówi, a potem śmieje się z mojego zaskoczenia.
Siadam na jednym z setki wolnych miejsc i łączę się z bezpłatną siecią Wifi (nieustannie zadziwia mnie fakt, że biedne kraje stać na darmowy dostęp do Internetu na lotniskach, podczas gdy kraje bogate tak bardzo tę usługę  limitują: w Etiopii na przykład w każdym porcie lotniczym kraju można z sieci korzystać do woli - w Paryżu bezpłatne jest tylko 15 minut!).
Pod bramką, oprócz mnie, siedzi jeszcze jeden pasażer: on również ma bilet do Nairobi. To daje mi pewną nadzieję, że samolot jednak odleci. Minuty płyną, płyną dane pomiędzy mną a światem, świat trwa w spokojnym mora-mora (tzn. „powolutku, nie nerwowo” - wkrótce usłyszę to na własne uszy od Malgaszów).
A potem nagle: Jest! Zapowiadają lot! Prawdziwe, głośne słowa płyną ku mnie z głośników! Stewardesa, która dwie minuty wcześniej stanęła przy bramce, potwierdza: „Samolot do Nairobi odleci spod bramki numer 1, prosimy pasażerów….”. Jest!
Minęło  kilka minut i w tempie przyspieszonym zaczęli się schodzić ludzie, mnóstwo ludzi!

Było ich chyba ze dwadzieścia! J

Najmniejszy bagaż, z jakim kiedykolwiek leciałam

Pustki na ekranach i nie tylko

Za pięć pierwsza

Dziura widziana ze sklepu z biżuterią

Tutaj będzie winda :-)

Sklepy pełne klientów