środa, 7 stycznia 2015

Wodospady Wiktorii

Chciałbym widzieć minę pastora Livingstona kiedy stanął nad krawędzią wodospadów, które później nazwał imieniem swojej królowej. Nie jestem pewien, czy zasób słów języka ludzkiego jest w stanie w odpowiedni sposób oddać niesamowitość tego cudu natury. Ciągnąca się na przestrzeni 1,7 km dziura w ziemi, głęboka na ponad 100 m i szeroka od kilkudziesięciu do pewnie ponad 200, w którą wlewa się z niepohamowanym impetem rzeka Zambezi. Ładny to widok kiedy w zależności od pory roku w ciągu sekundy spada ze skalnej krawędzi od 300 do 3000 m3 wody. Leci to wszystko z hukiem w dół i rozbija się na potężnych głazach tworząc chmury miniaturowych kropelek i powodując nieustanny opad deszczu na zboczach wąwozu. Jeśli świeci słońce, pojawiają się piękne tęcze dodatkowo okraszając i tak już bajkowy widok. Dookoła zielono, wszystko ocieka wilgocią, a w strugach wody baraszkuje ptactwo lubiące tego typu przyrodnicze wybryki. Po ścieżkach dla odwiedzających Wodospady Victorii, pośród dziesiątków ludzi przechadzają się dostojnie grupy brzydkich jak noc pawianów, czyhając na okazję do zwędzenia jakiegoś smakołyku tudzież elementów wyposażenia, jak aparat czy okulary. Na turystów czają się też lokalni przewodnicy-naciągacze, którzy za stosowną opłatą podprowadzą na krawędź gardzieli, pozwolą stanąć tuż obok potężnej kaskady i spojrzeć w dół na spadającą z impetem wodę. Dla tych, których skuszą namowy, przewidziana jest też kąpiel w naturalnym basenie tuż nad krawędzią wodospadu. Przeżycie zupełnie z innej planety i jak najbardziej warte późniejszych palpitacji serca, niebotycznego zdziwienia i ciężkich negocjacji, żeby zbić kosmiczną ceną zażądaną przez bosonogiego przewodnika za godzinny spacer i 10 min. kąpieli w jednej z najbardziej niesamowitych wanien na naszej planecie. Jest to oczywiście możliwe, kiedy poziom wody jest niski. Na wiosnę, gdy przepływ osiąga maksimum, tego typu ekstremalne wyprawy są niemożliwe. Razem z trójką sympatycznych rodaków z Krakowa spędziliśmy niesamowite pół dnia w tym wyrwanym z raju zakątku Ziemi - gdybyście byli kiedyś w Zambii, wpadnijcie tutaj - nie będziecie żałować;)


Chwilowo przerywamy naszą wspólną podróż rowerami - ale tylko na 2 tygodnie. Elżbietka dzisiaj leci na Madagaskar, gdzie będzie zarabiać na nasze bilety powrotne, a ja w tym czasie pójdę sobie na rafting na rzece Zambezi (jutro), a potem wyruszę rowerkiem na kilkanaście dni do Botswany. Mimo chwilowej przerwy będziemy starać się relacjonować również nasze samotne poczynania ;-)

Mina pastora Livingstone'a bezcenna

Na końcu tęczy jest garnek złota, ale nikt nie odważy się tam zejść

...huk że aż dymi!

Nad krawędzią wodospadu

Początek spaceru nad krawędź

Basen nad przepaścią

Nawet bez stroju można popływać :-)

Każdy ma swój chodnik

W marcu-kwietniu wody bywa 5 razy więcej!

1000 m3 wody na sekundę

Ostatnie spojrzenie... idziemy na piwo ;-)

sobota, 3 stycznia 2015

Sceny namibijskie


Długo nie pisaliśmy. Dystanse pokonujemy dłuższe niż na początku, a i więcej spotykamy na trasie osób. Czasem zatrzymuje nas burza (wiatr w oczy, energia włożona w kręcenie, a na liczniku ledwie 10 km/h) albo zwierzęta. Trzy dni jechaliśmy przez Bwabwata National Park zajmujący cały region Caprivi (wąski pas wciśnięty między Angolę a Zambię). Spotkaliśmy słonia, dwukrotnie przeciął nam drogę. Trzeba było czekać, bo słonie nie boją się niczego i jak o lwach słyszymy rozbieżne opinie, tak tych największych lądowych zwierząt boją się absolutnie wszyscy.


Scena I - Annette i Gert

Dojechaliśmy do Otavi, gdzie mieliśmy zrobić zakupy, wziąć prysznic i jechać dalej. SPAR był zamknięty, więc skierowano nas do sklepu na stacji benzynowej. Nie wiem dlaczego włączyłam wyszukiwanie Wifi. „Jest sieć w Camel Inn” - ucieszyłam się. „Może wypijemy tam coś zimnego i przy okazji sprawdzimy pocztę?”. Czekał na nas mail od Kitty (poznanej pierwszego dnia dystyngowanej kobiety w niebieskiej sukience):
„Mam rodzinę w Otavi, tutaj numer do Annette. Zadzwońcie do niej, kiedy tam będziecie”.
W ten sposób - zamiast jechać dalej - zostaliśmy na noc w namibijskim domu J
Annette to siedemdziesięcioletnia kobieta o różnokolorowych oczach (jedno zielone, drugie niebieskie) i pięknym, dziewczęcym uśmiechu. Pali papierosa za papierosem i opowiada, dosłownie zalewa nas opowieściami o kraju. Ma zupełnie inne zdanie o Namibii, niż Honey. Uważa, że po odzyskaniu niepodległości zmieniło się na gorzej. Rozdźwięk między bogatymi a biednymi jest ogromny (bogaty to najczęściej „biały”), dlatego ci pierwsi obawiają się czarnoskórych. Okna w domu Annette mają kraty, a posiadłość jest otoczona murem. Inne domy często mają ogrodzenie pod napięciem. Kobieta opowiada nam historie rabunkowych włamań do domów, porwań dzieci dla celów rytualnych, nieudolnego budowania przez Chińczyków kanalizacji deszczowej w jej mieście i podaje mnóstwo przykładów korupcji. W międzyczasie wraca jej mąż, Gert. Wysoki, bardzo szczupły mężczyzna, ma poważny wyraz twarzy i z początku mamy wrażenie, że nie jest zadowolony z naszego przybycia. Siada na uboczu, otwiera piwo i w milczeniu przysłuchuje się naszym dyskusjom. W pewnej chwili rzuca:
- Musicie mi dać wszystkie informacje o swoim wyjeździe, od A do Z! Pojdę do lokalnej gazety, wydrukują artykuł o was!
Okazuje się życzliwym człowiekiem o niezwykłym poczuciu humoru. Kolejne opowieści żony potrafi skwitować jednym zdaniem, po którym skręcamy się ze śmiechu. Mimo zmęczenia siedzimy z nimi długo w noc, a poranne pożegnanie idzie nam bardzo wolno. Wyruszamy dopiero koło południa - pełni historii, o których dyskutujemy jeszcze przez dwa dni.


Scena II - Kłusownik

Kiedy zatrzymujemy się pod drzewem na krótki postój, z lasu wychodzi dwóch chłopków. Rzucamy „Hello!”, potem kilka pytań o pobliską wioskę. Dosiadają się. Starszy (29 lat) Jonny jest rozmowniejszy, opowiada nam o tym, że w każdym koralu mieszka jedna rodzina, to jest babka, córka i dzieci, większość z mężami. Że ogrodzenie budują z trzciny zbieranej na brzegach Okavango i że w pobliskim lesie bydło wypasa firma Meatco.
- Są tutaj dzikie zwierzęta? - pytam.
- Tylko słonie i węże - mówi Jonny. - On zabija słonie - rzuca spojrzenie na brata. Shipipa (27 lat) tylko się uśmiecha.
- Takie duże?
- Z ciosami. Potem sprzedaje mięso.
Od słowa do słowa kobieca ciekawość doprowadza mnie do odkrycia, że oto stoję przed kłusownikiem! Sprzedaje kość słoniową Chińczykom, 300-400 N$ (30-40  USD) za kilo, jeśli cios ma 15 kg, to jest to jakiś zarobek. Polują za rzeką, w Angoli. Przeprawiają się tam w dłubankach własnej roboty, a wyprawy te traktują trochę jak odwiedziny rodzin (mają tam swoich krewnych, gdyż kiedyś granica między Namibią a Angolą przebiegała 50 km na północ od rzeki). Nie wiedzą, jaka dokładnie jest głębokość wody, bo nikt do niej nie skacze: jest pełna krokodyli.
Mam mieszane uczucia: zawsze wyobrażałam sobie, że kłusownik to mężczyzna w średnim wieku, z zaciętą twarzą, pozbawiony wszelkich wyrzutów sumienia i dorabiający się fortuny na krzywdzie zwierząt. Stoi jednak przede mną młody chłopak, który mieszka w lepiance i strzelanie w mózg słonia (tuż za uchem) traktuje jak najnormalniejszą pracę, która pozwala mu się utrzymać. Na przedramieniu ma wytatuowane słowo „Elephant” (Słoń). Tatuaż zrobił mu kolega z wioski barwnikiem uzyskanym z popiołu spalonych opon zmieszanym z wodą.

Nie zapytałam, czy słoń płacze, kiedy umiera.


Scena III - Antykłusownik

Kilka dni później w miejscowości Omega jemy pod drzewkiem śniadanie. Podjeżdża do nas młody chłopak na rowerze. Rozmowa zaczyna się od tematu pedałowania, a kończy na zwierzętach.
- Tak, tam gdzie jedziecie są słonie i lwy - mówi John. - Słonie nie lubią koloru białego i czerwonego, trzymajcie się z daleka i czekajcie aż przejdą. Są bardzo charakterne i niczego się nie boją - tylko strzałów, bo wiedzą, że tym ludzie mogą je zabić. Gdybyście jednak musieli je odstraszać - mocno klaszczcie w dłonie. To przypomina dźwięk strzelby.
Okazuje się, że John pracuje na rzecz ochrony zwierząt. Jeździ po okolicznych wioskach, rozmawia z mieszkańcami, dowiaduje się gdzie i kto sprzedał kość słoniową. Złapany po raz pierwszy na przestępstwie płaci dużą grzywnę, ale za ponowne kłusowanie zostaje w więzieniu: 27 lat. Organizacja, w której pracuje John zajmuje się też innymi zwierzętami: niedawno przesiedlili pięć lwów w pobliże Divundu, a stamtąd kilka bawołów w odwrotnym kierunku, żeby na całej rozciągłości Caprivi zadbać o różnorodność biologiczną.
Mają też ofertę dla licencjonowanych myśliwych: za 600-700 000 N$ można przyjechać i zabić słonia. Pieniądze są przeznaczane na ochronę zwierząt i dla lokalnej społeczności, która dzięki temu rozumie, że warto chronić zwierzęta, nawet jeżeli niszczą zbiory, bo w ostatecznym rozrachunku przynoszą korzyści. Zwierzęta do odstrzału są oczywiście limitowane, a myśliwi, którym sprzedaje się licencję na polowanie, rygorystycznie selekcjonowani.


Scena IV - Towane

Popołudniem tego samego dnia docieramy do Chetto. W barze kupujemy zimne napoje, a żartami i śmiechem zyskujemy sympatię sprzedawczyni, która chwilę później proponuje nam nocleg na swoim podwórzu. Towane, bo tak ma na imię kobieta, idzie z nami po wodę, sama przynosząc na głowie 10 litrów. Później okazuje się, że to dla nas na prysznic! Kobieta jest nas ciekawa, ale nie ciekawska. Przychodzi obejrzeć rozbijanie namiotu, a potem nasze gotowanie i wypytuje jak wszystko działa.
Towane na stałe mieszka w odległym o 300 km Rundu, a do Chetto przyjeżdża tylko pracować. Bar i znajdujący się za nim dom należy do jej siostry. Ona sama ma dwudziestoletnią córkę, która właśnie ukończyła szkołę średnią. O mężu nie wspomina.


Scena V - Reinhardt

Koło „wodospadów” Popa (nie będziemy się nimi chwalić: miały spadek może 1m i zastanawialiśmy się, kto miał aż tak bujną wyobraźnię, żeby zobaczyć w nich wodospad ;-) spotkaliśmy Reinhardta. Rano, po „rejsie” do „wodospadów” usiedliśmy na kawie, żeby przez chwilę porozmawiać o RPA, skąd pochodzi mężczyzna. Krótko mówiąc: nie jest zachwycony swoim krajem. Wystarczy wygooglować nazwisko prezydenta „Jacob Zuma” i prysznic (ang. shower), aby dowiedzieć się, jaki sposób zapobiegania AIDS promował w swoim kraju. W XXI wieku!
Reinhardt wyjechał pierwszy (podróżował na motocyklu) i z trasy wysyłał nam informacje, w której wiosce jest sklep (niezwykle cenne dla nas wiadomości: mieliśmy przed sobą 200 km przed Park Narodowy!). Trzy dni później pod bar w Kongoli zajechały terenowe samochody. Biały, dobrze zbudowany mężczyzna podszedł do Tomka:
- Jesteście z Polski?
- Tak.
- Mam coś dla was - człowiek poszedł do samochodu, po czym wrócił z butelką lodowatej wody. - Reinhardt kazał wam to przekazać.


Scena VI - Induna

Pod tym samym sklepem podeszła do nas kobieta pytając, skąd jesteśmy i dokąd dzisiaj zamierzamy dotrzeć.
- Do Sibindy.
- Świetnie. Idźcie tam do szefa, mówią na niego „induna”, zapytajcie go o nocleg. Na pewno się zgodzi, a wtedy nikt was nie tknie.
Tak zrobiliśmy. Pod sklepem spotkaliśmy mężczyznę, który powiedział, że induna mieszka 1,1 km stąd i że on pojedzie przed nami samochodem, żeby nam wskazać drogę. Okazało się, że było cztery razy dalej, a szef na pytanie „Co słychać?” odpowiedział „Bardzo źle, na nic nie ma pieniędzy”. „Będzie trzeba zapłacić haracz”, przemknęło mi przez myśl. Mężczyzna przyjął nas pod rozłożystym drzewem na zewnątrz swojej zagrody, zasiadł dumnie na krześle i pomimo swojego całkiem dobrego angielskiego zażyczył sobie tłumacza, którym był jego krewny.
Żeby nie przechodzić od razu do sedna - w Afryce nie postępuje się jak w Europie, gdzie nie ma czasu na tematy oboczne - wypytaliśmy go o wodę (mają kilka studni na panele słoneczne - ale induna narzeka, bo musi iść do najbliższej aż 500m!), szkołę (jest podstawówka i średnia), zaludnienie wioski (nie był w stanie podać liczby mieszkańców, ale wciąż podkreślał, że to nie tylko ludzie - to też krowy, które muszą pić wodę) i kościół (widzieliśmy po drodze rzymsko-katolicki). W końcu nadszedł czas na nasze pytanie o nocleg. Zaczęłam oględnie:
- Podróżujemy na rowerach ze Swakopmund…
- Swakopmund?! - rzucił szef, a potem się roześmiał. - I’m afraid of you! (Boję się was!)

Lody zostały przełamane. Poszliśmy wspólnie do parafii i tam zostaliśmy zakwaterowani: tuż pod ścianą kościoła J Mężczyzna opiekujący się budynkiem pokazał nam jego - surowe i skromne w naszych oczach - wnętrze, pobliskie przedszkole i kilka prostych lepianek, w których przyjmują gości. W tym czasie na placu zebrało się kilka kobiet, które zauważyły ruch przy kościele. Każda z nich przywitała się z nami i mieliśmy wrażenie, że wszystkie czekają, żeby zobaczyć jak się tu urządzimy, więc na ich oczach rozbijaliśmy namiot. Spytały kilka razy, czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy i wolno odeszły do swoich zajęć.

U Annette i Gerta

Pod drzewkiem (przy drogach w Namibii dużo jest takich miejsc na odpoczynek)

Kłusownik Shipipa

Antykłusownik John

Towane przygotowująca kolację dla całej rodziny

Siostra Towane z mężem

Na kawie z Reinhardtem

Pod tym barem przekazano nam wodę od Reinhardta

Induna - szef wioski Sibinda

Kościół w Sibindzie (spaliśmy pod zadaszeniem z lewej strony)

Nasz biwak widziany ze środka kościoła

Kameleon

Poranna noworoczna kawa

czwartek, 25 grudnia 2014

Za kulisami


Kiedy kontaktujemy się z Wami i relacjonujemy jak nam idzie w Afryce, często powtarzają się pewne pytania, na których część chciałbym odpowiedzieć. Jest sporo spraw, które na pierwszy rzut oka wydają się mało istotne lub całkiem umykają uwadze, ale ich suma stanowi ważną część naszego przemieszczania się po tutejszych okolicznościach przyrody.
Pierwsza rzecz to porozumiewanie się. Mimo mnogości lokalnych języków, wszyscy, niemal bez wyjątków, mówią po angielsku. Biali Namibijczycy między sobą rozmawiają w afrikaans, jednak ten język rzadko używany jest przez czarnych. Oni rozmawiają w językach plemiennych, czasami bardzo dziwnie brzmiących, jak np. damara z charakterystycznymi kliknięciami i mlaśnięciami, które nam bardzo trudno powtórzyć (nasze nieporadne próby wywołują sporą wesołość u lokalnej ludności).
Podstawową dla nas troską jest obecnie zaopatrzenie w wodę. Na raz jesteśmy w stanie zapakować 12-13 litrów, co niestety starcza na zaledwie nieco ponad jeden dzień. W związku z tym, że miejscowości są często oddalone od siebie o 120-140 km, a dziennie przejeżdżamy ok. 70 km, to resztę potrzebnej wody musimy zdobyć np. zatrzymując samochody po drodze. Pijemy wodę z kranów, oczyszczając ją za pomocą lampy UVC. Kupowanie wody butelkowanej jest tutaj dość kosztowne i nie wszędzie jest ona dostępna (często na przestrzeni 120 km nie ma żadnego sklepu). Co ciekawe, najtańszym napojem jest Coca-Cola - kosztuje o 30% mniej niż woda i o 70% niż mleko! Z tematem picia wiąże się też kwestia diety. Zaczynamy od śniadania, na które najczęściej składa się chleb z masłem (zamiennie z serem topionym lub majonezem) i serem żółtym, jajka gotowane, to wszystko okraszone cebulą i pomidorem. Popijamy herbatą lub kawą (słodzimy Stevią: 100g = 36 kg cukru!). W ciągu dnia zatrzymujemy się na dwa niewielkie posiłki - konsumujemy raski („suche ciasto z bakaliami”) lub ciastka, chleb z serem, a czasami dokładamy suszone mięso antylop lub suchą wołową kiełbasę. Głównym daniem jest kolacja: jemy gorący ryż z fasolą/warzywami z puszki/zupą czakalaka. Od czasu do czasu jemy w restauracji porządnego steka J Żywność w Namibii jest droga, gdyż w większości pochodzi z importu. W rejonie, gdzie teraz jesteśmy, nie ma żadnych lokalnych targów, bo tutaj niewiele się uprawia, więc ciężko o warzywa czy owoce. Ostatnio udało nam się kupić przy drodze pyszne melony (ale to jak na razie jedyny taki straganik) - sprawdziliśmy później cenę w sklepie: była czterokrotnie wyższa!!!
Dzień tutaj trwa 14 godzin - słońce zachodzi ok. 19.30. W ciągu dnia temperatura dochodzi do ponad 40oC w cieniu, w nocy na szczęście spada do kilkunastu, więc śpi się bardzo przyjemnie. Zasypiamy ok. 22.00, a wstajemy ok. 6.00 - poranki są rześkie i dlatego przed południem staramy się urobić jak najwięcej kilometrów. W największy żar zatrzymujemy się na dłuższy postój i ruszamy ponownie gdy słońce nieco opadnie. Najczęściej ok. 18.00 mamy już miejsce na biwak, żeby przed zmrokiem zdążyć ogarnąć sprawy „gospodarcze”. Zakładamy pokonywanie 60-70 km dziennie, ale musimy dostosowywać nasz rozkład jazdy do odległości między miejscowościami, ze względu na zaopatrzenie w wodę i żywność. Tak nasz dzień wygląda w tej chwili, niemniej jednak powoli będzie się nieco zmieniał, głównie z powodu wjeżdżania w rejony gęściej zamieszkałe.
Nasze rowery to osobny temat: poszliśmy w rozwiązania dość nowoczesne (np. hamulce tarczowe czy przednie amortyzatory), ale nie wszyscy uznają to za rozsądne. Sporo osób podróżuje na rowerach ze stalowymi ramami, najprostszymi hamulcami, starymi przerzutkami i starymi modelami piast. Oczywiście podstawą jest napęd i jego serwis. My wybraliśmy rozwiązanie z rotacyjną zmianą łańcuchów co ok. 1000 km - mamy po 3 na każdy rower. Zakładamy, że taka strategia wystarczy na zakładaną długość trasy. Ze względu na dużą ilość kurzu i piasku, który mimo naszych najszczerszych chęci przykleja się do łańcucha, konieczne jest też niemal codzienne jego czyszczenie i smarowanie. Używamy bagażników Topeak: niektórzy uważają je za kiepskie, ale ja sprawdziłem taki w Himalajach i postanowiłem im ponownie zaufać. Przedni bagażnik jest tylko w moim rowerze: używamy go do transportu namiotu i wody w butelkach. Ostatecznie nie zabraliśmy przednich sakw, więc wszystko jest do niego przywiązane.
Mamy też absurdalną ilość elektroniki, która waży pewnie z 10 kg!!! Dwie lustrzanki, 3 obiektywy, mały netbook, tablet z GPSem, 3 telefony, czytnik ebooków, dwa zewnętrzne dyski, ładowarki do różnych baterii, powerbank, dwie czołówki + dwie latarki rowerowe, dwie lampki tylne, steripen do odkażania wody, całą furę różnych przejściówek i kabelków. Jest tego masa, ale ciężko z czegoś zrezygnować chcąc mieć kontakt ze światem i całą bibliotekę map, przewodników, książek, muzyki i audiobooków do słuchania w drodze.
Co nas najbardziej zaskoczyło, to fakt, że zabraliśmy wszystko co potrzebne i jak na razie nie stwierdziliśmy braku żadnej istotnej rzeczy (poza wszystkimi trzema bidonami, które straciły się po drodze :-). No i co równie ważne, bardzo mało mamy elementów, które nie są nam potrzebne.

W temacie spraw zakulisowych chwilowo tyle. Gdybyście mieli jakieś pytania czy wątpliwości to oczywiście nie wahajcie się pytać w komentarzach lub przez FB. W miarę dostępności do Internetu będziemy się starali na nie odpowiedzieć J

Zbliża się nasza pierwsza tropikalna burza

Świętujmy pierwszy tysiąc kilometrów naszej wycieczki ;-)

Takie kolce czyhają na nasze stopy i opony (z łatwością przebijają podeszwę sandała - nawet Source!)

Wieczorową porą...

O poranku... zmiana fryzury na świąteczną :-D

Powoli robi się zielono

Żuki wielkości piąstki dziecka zderzają się z nami podczas jazdy

Czasami nocujemy w naprawdę ślicznych miejscach

Takiego guźca złapałem :-)

Gotowanie na ekranie ;-)

Pierwszy spotkany rowerzysta - Chińczyk Tong jadący dookoła świata


środa, 17 grudnia 2014

Kogo niesie droga


W cztery dni przejechaliśmy 250 km po szutrze. Spaliśmy na przemian: jedną noc na kempingu, drugą na dziko - „gdzieś” w terenie. Czasem zza ściany namiotu dochodziły dziwne dźwięki, a my zastanawialiśmy się co to za zwierzę. Gasiliśmy latarki, kiedy zbliżał się samochód (w gruncie rzeczy nie wiemy, czy rozbijamy się w miejscu dozwolonym czy nie - znaku zakazu nie ma, ale to jeszcze o niczym nie świadczy). Dwa dni między Uis a Khorixas były naprawdę ciepłe: dochodziło do 44oC w cieniu. Wiem, bo w przedniej sakwie trzymam termometr (i nie wystawiam na słońce, żeby nie wybuchł, bo ma zakres tylko do 50oC ;-) ). Kiedy zawiewał wiatr, było cudownie. Kiedy na niebie pojawiła się maleńka chmurka (był tylko jeden taki dzień odkąd opuściliśmy wybrzeże!) - było wspaniale. Ale kiedy powietrze nieruchomiało, miałam wrażenie, że mnie spala. 12 litrów wody, które zabraliśmy, okazało się niewystarczające, ale Namibijczycy wiedzą czym jest pustynia i zawsze zatrzymują się, kiedy człowiek macha. W każdym samochodzie jest woda.

Herero 

Po wodę wstąpiliśmy na Ozohere Campsite. Było to kilka małych chatek i jeden większy budynek pod skałami, które wyglądały niczym olbrzymie otoczaki. Piętrzyły się ponad okolicą strasząc, że w niezapowiedzianym momencie ten czy ów spadnie. Przywitała nas Honey, jak się okazało, kobieta z plemienia Herero. Bardzo serdeczna i świetnie władająca angielskim, a przy tym chętna poopowiadać nam o zwyczajach.
- Jak robicie ozdoby na głowę? - zapytałam.
Kobieta obdarzyła nas życzliwym uśmiechem, po czym zniknęła za drzwiami. Wróciła niosąc kapelusz w kształcie krowich rogów (bo Herero to lud pasterski) i suknię, którą sama uszyła. Na naszą prośbę ubrała się w ten tradycyjny strój. Zapytaliśmy o dietę.
- Jemy mięso i kwaśne mleko - odpowiedziała. - Uprawy? To nie dla nas. Można to zrobić, ale po co? Słonie i tak wszystko zniszczą!
Piękna kobieta z diastemą między jedynkami, ozdobiona złotymi kolczykami ciągnie opowieść o tradycjach Herero. 
- Wesele trwa cztery dni. W czwartek zalotnik przybywa ze swoimi bliskimi do domu panny młodej, ale nie spotyka się z jej rodziną. Rozbija obóz za jej domem i przebywa w ciszy. Wszyscy do siebie szepczą, na znak szacunku do młodej. W piątek nad ranem przychodzi do domu wybranki na kolanach. Prosi o nią. Starsi uzgadniają szczegóły zamążpójścia (trzy krowy i 10 000 N$), po czym zalotnik wraca do obozu. Zaczyna się głośna zabawa, ale w osobnych kręgach. Dopiero w sobotę obydwie rodziny świętują wspólnie. W niedzielę starszyzna idzie do świętego ognia porozmawiać z duchami przodków. W ten sam dzień młody mąż zabiera żonę do siebie.
Honey jest uśmiechniętą matką pracującą na trójkę dzieci, z których dwoje uczy się w Swakompund. O mężu nie wspomina. Nie pytam, bo w Afryce często bywa tak, że mężczyzna opuszcza rodzinę bez żadnych konsekwencji prawnych czy finansowych. Honey jednak uważa, że po odzyskaniu niepodległości w 1990 r. wiele się w jej kraju zmieniło na korzyść kobiet. Mogą one już skutecznie dochodzić swoich praw w sądach, mając zapewnioną darmową pomoc prawną i adwokata z urzędu. Gdyby mężczyzna wypierał się dziecka, sąd skieruje go na badania genetyczne i w razie potwierdzenia ojcostwa przyzna alimenty, które potrafi wyegzekwować. Honey chwali system za konsekwencję w stosowaniu przepisów.
- Wszyscy mają wreszcie równe prawa - mówi. - Skończyły się czasy wyższości mężczyzn nad kobietami. Tylko jeszcze nie wszyscy są tego świadomi.
Wspomina jeszcze o ośrodkach pomocy społecznej, do których można zgłosić się w razie kłopotów rodzinnych. Wystarczy zadzwonić i pracownik socjalny przyjeżdża na miejsce, pomoc w rozwiązywaniu problemów jest darmowa.
- Dziś sama byłam w wiosce, wezwała mnie jedna rodzina - kończy kobieta. - Czasem zwracają się najpierw do mnie.

Damara

Kolejnego dnia zjeżdżamy kilkaset metrów z głównej drogi do Tiro Inn. Okazuje się on miniaturowym sklepem pośrodku niczego. Mężczyzna w ciemnych okularach i warkoczykach do ramion uśmiecha się:
- Pamiętam was! Minęliśmy się w drodze do Walvis Bay!
Słysząc o naszym pięciomiesięcznym pomyśle wymownie odwraca się bez słowa. Na sekundę. Odczytujemy to jako „jesteście szaleni!”.
- My Afrykańczycy jesteśmy leniwi - mówi. - Nigdy nie zdecydowalibyśmy się na coś takiego, nigdy! Nawet, gdyby mój samochód był zepsuty, nie wsiadłbym na rower. Łapałbym stopa - Helmut pokazuje kciukiem do góry. - Ale nawet nie szedłbym do drogi, poczekałbym, aż samochód podjedzie tutaj, pod sklep! - wybucha śmiechem, a my razem z nim. Jego matka, przaśna kobieta, która rozpostarła swoje ciało na chodniku przed budynkiem, próbuje oponować. Kobieta, którą w myślach nazwaliśmy „Mama Africa”, wyjmuje używane ubrania z wielkiej torby, przegląda je i co mniejsze oddaje dzieciom. „Nie są biedne”, myślę o nich, spoglądając na gromadę jedzącą chipsy. Co drugie ma nadwagę, pierwszy raz widzę coś takiego w Afryce.
- Dlatego mamy wielkie brzuchy - kontynuuje Helut łapiąc się za bebech. - Nawet jak mamy zagonić krowy, to robimy to jadąc samochodem! - mężczyzna znowu wybucha śmiechem. - A moja żona? Gdybym powiedział jej „Kochanie, chodźmy do wuja na nogach”, choć to tylko kilkaset metrów, odpowiedziałaby: „A pomyślałeś o słońcu?”.

Helmut jest z plemienia Damara, ale nie wydaje się groźny (przed tym plemieniem przestrzegała nas Kitty). Wręcz przeciwnie - mężczyzna jest otwarty, ma poczucie humoru i dystans do siebie. Atmosfera jest niezwykle przyjazna, oni ciekawi nas tak jak my ich. Podsłuchujemy jak się pomiędzy sobą porozumiewają w języku z kliknięciami. Którego nie uczą już swoich dzieci - teraz jest czas na mówienie po angielsku i w afrikaans.
Przed odjazdem robimy sobie pamiątkowe zdjęcie. Mama Africa nie znoszącym sprzeciwu ale serdecznym głosem zwołuje wszystkich obecnych. Śmiejemy się, że widać, kto tu rządzi. Tylko się uśmiecha - szeroko i znacząco ;-)

Honey z plemienia Herero w tradycyjnym stroju

"Lato jest piękne do pewnego stopnia" - Celsjusz

Mama Africa i jej ferajna

Helmut przygląda się z niedowierzaniem naszej trasie

Za nami zostaje góra Brandberg - najwyższa w Namibii (2606 m), pustynia powoli przechodzi w cieszącą oko sawannę

Pierwszy owoc w Namibii - zdobyty i zjedzony ;-)

Codzienny przegląd rowerów

Po 250 km szutrów i piachów cieszymy się asfaltem

Woda: dopiero na pustyni doceniamy jej znaczenie


piątek, 12 grudnia 2014

Świat do góry kołami


Druga półkula. Dziwaczne to miejsce. Może dla kogoś kto bywał, nie ma w tym nic niezwykłego - taką osobą jest moja Żona (oby żyła w zdrowiu, szczęściu i pomyślności), ale dla mnie słońce łażące po północnej stronie nieba to coś wbrew kodowi genetycznemu i wyniesionym ze szkoły wiadomościom. Cała wiedza geograficzna dotycząca orientacji w terenie poszła do lasu: gdybym tutaj zwrócił się twarzą w stronę słońca w zenicie, to kierunki wschodu i zachodu wypadłyby po zupełnie innych stronach niż w naszym kraju. I jak się to ma do wiedzy szkolnej? Jakoś nie przypominam sobie, żeby moja pani od geografii o tym wspominała. Jestem mocno zawiedziony tym faktem i mam niejaki żal do twórców programu nauczania geografii. Uważajcie więc wszyscy wędrowcy na tę anomalię, bo można się zdrowo zdziwić, gdy pewnego dnia wyruszycie z takiego Windhouk niby na zachód i zamiast nad Atlantykiem wylądujecie nad Oceanem Indyjskim. Tak swoją drogą: ciekawe jak wygląda nauka określania stron świata na południowej półkuli? Czy jak taki Zimbabweńczyk, Namibijczyk tudzież Lesothejczyk, który po przylocie do Polski będzie chciał się dostać do Niemiec, określiwszy kierunek marszu nie usłyszy na napotkanej granicy swojskiego „zdrastwujtie”?
Poeta śpiewający, niejaki Grzegorz T. wydobył kiedyś z siebie tekst mówiący, iż brak cienia jest dowodem nieistnienia. Pewnie gdy to pisał słońce górowało nad nim w jakimś tropikalnym raju. W czasach środkowej podstawówki, kiedy wpajano mi wiedzę o świecie, trudno mi było sobie wyobrazić, że można nie mieć cienia. Musiałem czekać blisko 30 lat, żeby doświadczyć tego niesłychanego zjawiska. Mojej Żonie (oby żyła… etc.) wydało się dziwne, że cieszę się jak dziecko bateryjką na taki widok, ale dla mnie fakt nieposiadania cienia to zjawisko z puli paranormalnych. Może nie do końca zgodzę się z panem T, że to dowód na nieistnienie, bo w tutejszych okolicznościach ma się wrażenie, że weszło się do ogniska, a to nie daje złudzeń co do organicznego bytowania. Na pewno jednak chęć nieistnienia w takim momencie jest ogromna, a przynajmniej zaistnienia w jakimś bardziej ludzkim temperaturowo miejscu. Co dla mnie zupełnie zadziwiające, są ludzie którzy z przebywania w takim miejscu czerpią sporą przyjemność. W sytuacji kiedy ja, z braku jakichkolwiek innych przedmiotów, usiłuję wczołgać się pod rower, moja Żona (wiadomo jak ma żyć…) rozkłada się plackiem na piasku i oddaje rozkoszy kąpieli, czy może bardziej kipieli słonecznej.
Chciałbym też obalić kolejny mit południowej półkuli: jeśli się jedzie na północ, to wcale nie czuć, że to bardziej pod górkę niż na południe. Krew też nie uderza do głowy w związku z faktem jazdy do góry nogami i od naszej planety też się nie odpada i nie leci w kosmos: jeśli ktoś Wam tak będzie próbował wmówić, to nie wierzcie w to - to bajki.
Ciekawą rzeczą na wybrzeżu namibijskim jest wiatr: od rana (mniej więcej od 8.00) do ok. 13.00 wieje z północy. Potem ktoś obraca wielki wentylator i już do 19.00 wieje z południa. Chwilowo również podoba mi się wiatr w głębi lądu, bo jak na razie dmie z niemałą siłą w kierunku naszej jazdy, co znacząco poprawia komfort poruszania się . Mam nadzieję, że ta sytuacja nie zmieni się ani w najbliższych, ani w tych nieco dalszych dniach.  
Na dzisiaj tyle obserwacji afrykańskiego laika i dyletanta - zapewne moich zdziwień i zaskoczeń będzie jeszcze zylion, czym nie omieszkam się podzielić.
Pozdrawiam serdecznie z rozkosznego kampingu w Uis. Do pozdrowień dołącza się moja Żona Elżbietka (jak wyżej…).


Zajęliśmy pozycje optymalne dla siebie pod względem temperaturowym :)
























Nasz szmaciany domek na kempingu w Uis























Kobieta za stówę ;-)

Gadająca papuga: mówi "hallo" i gwiżdże melodię z filmu "Most na rzece Kwai"

Nowe zastosowanie dziurki w siodełku ;-)

Samochód-chrabąszcz czyli pojazd oceanicznych wędkarzy
























Początek pustyni
























Wczołgałem się pod rower, ale słońce i tu mnie wypatrzyło...:-)

Moja Żona w swoim żywiole czyli pod górującym słońcem

Gimbus

Międzynarodowy port lotniczy w Walvis Bay - drugi co do wielkości w Namibii ( a propos naszych wcześniejszych opowiadań)

Kiedy pobiegłem w jedyne w okolicy krzaczki, Elżbietka cierpliwie na mnie czekała:-)

wtorek, 9 grudnia 2014

A więc zaczynamy!


Już na lotnisku we Frankfurcie zaczęły się przygody. W Warszawie dostaliśmy karty pokładowe tylko na jeden lot (jak się okazało - mieliśmy szczęście: Lufthansa strajkowała dwa dni przed naszym wylotem i we czwartek - czyli dzień później). Po kolejne karty pokładowe zgłosiliśmy się już na lotnisku do obsługi Air Namibia.
- Poproszę Państwa bilety powrotne z Namibii - usłyszeliśmy.
- Nie mamy.
- Jak to?
- Podróżujemy rowerami, wyjedziemy z Namibii drogą lądową.
- Muszę mieć dowód, że opuścicie kraj.
- Ja mam bilet wylotowy z Zambii, a mój mąż ma rezerwację hotelu w Livingstone - mówię. - Zgłaszaliśmy to w ambasadzie w Berlinie.
Po obejrzeniu mojego dokumentu kobieta się odzywa:
- Pani ma dowód, ale pani mąż nie. Rezerwacja hotelu nie wystarczy, nie może pan lecieć.
- Nie mam biletu, ponieważ będziemy opuszczać Namibię drogą lądową! - rzuca Tomek. - Nie wiemy nawet kiedy dokładnie opuścimy Afrykę! Ambasadzie rezerwacja hotelu wystarczyła!
Kobieta woła swoją supervisorkę, przedstawia jej naszą sytuację i znowu wysłuchujemy tych samych argumentów, z tym że z innych ust. W którymś momencie wypowiadam magiczne słowa:
- … więc jak to możliwe, że ambasada w Berlinie dała nam wizy?!
- Macie wizy?! - pyta zaskoczona kobieta, po czym kartkuje nasze paszporty, zasłania usta dłońmi i mówi: - Oh, przepraszam, przepraszam bardzo. W takim razie wszystko jest w porządku, przepraszam bardzo! - ruga dziewczynę za niesprawdzenie wiz w dokumencie i za zamieszanie, po czym znika.


W Namibii

Rowery - doleciały. My - dolecieliśmy. Na lotnisku zaopatrzyliśmy się w kartę SIM MTC - miał być Internet, ale nie ma. Nie działa. Składanie rowerów zajęło nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy, ruszyliśmy więc z pewnym dyskomfortem (na domiar po dwóch nieprzespanych nocach) w stronę miasta Windhuk, skąd miał odjechać nasz zarezerwowany wcześniej bus do Swakopmund. Nie ujechaliśmy pięciu kilometrów, gdy na poboczu drogi zatrzymał się pickup. Wysiadła z niego dystyngowana kobieta w niebieskiej sukience:
- Jestem Kitty. Jak „Hello Kitty”. Potrzebujecie podwiezienia?
Załadowaliśmy rowery na pakę, a siebie do szoferki. W ciągu trzydziestu minut, które spędziliśmy razem, opowiedziała nam sporo o kraju. O przybywających tu - często nielegalnie - Chińczykach (jest ich już 400 000 na dwumilionowe społeczeństwo!). O niebezpiecznym regionie jakim jest Damaraland i o zwierzętach. „Dopóki jesteś wyższy od nich - boją się, dlatego zawsze kiedy widzisz zwierzę - wstań”.
Kitty zawiozła nas pod sklep „Fruit & Veg City”, kilkadziesiąt kroków od stacji, skąd mieliśmy wyruszyć na wybrzeże. Ale skoro tylko pojawił się bus, zjawiły się i problemy. No bo dlaczego rowery nie są zapakowane? Nie da się ich załadować. A jeśli się da, to za dodatkową opłatą. Przyjęliśmy ostatnią opcję i ruszyliśmy. Droga była gładka, kierowca pędził nie mniej niż stówę, za oknem przesuwała się pustynia, ale i Spitzkoppe (namibijski Matternhorn). Znaleźliśmy camping z przewodnika Lonely Planet: wygląda na to, że odkąd się w nim znalazł, podwoił ceny (później zmienimy strategię poszukiwań J ). Zapłaciliśmy 130 N$ od osoby (ok. 13 USD) - Tomek twierdzi, że 30 N$ było za nocleg, a 100 - dopłata za trawę, na której rozbiliśmy namiot.

Sklepy zamykają o 18.00, więc nie kupiliśmy nic na kolację i tym samym wylądowaliśmy w restauracji, gdzie spróbowaliśmy (wegetarian prosimy opuścić następne dwie linijki J) wszystkiego na raz: ślimaków w czosnku, mięsa z kudu, zebry, oryksa i springboka. Wróciwszy do rozbitego już namiotu poszliśmy wreszcie spać (jak pamiętacie marzyliśmy o tym już wyjeżdżając z domu J


Pierwszego dnia zostałam rzucona na głęboką wodę: z sakwami (25 kg), po poboczu (bo droga zbyt ruchliwa i nikt nie schodzi poniżej setki) czyli utwardzonym piasku, z wiatrem w twarz i piachem w oczy. Przejechaliśmy tak 30 km - a potem jeszcze dwadzieścia do miejsca, w którym ostatecznie nocowaliśmy. Czyli do hangaru J Na międzynarodowym (!) lotnisku w Walvis Bay (drugie i ostatnie międzynarodowe po Windhuk; jak to możliwe - nie wiem. Wygląda jak kilka większych baraków). 


Sobota

Istotą tego dnia jest noc. Wróciliśmy do Swakopmund zdecydowani znaleźć nocleg gdzie indziej niż pierwszego dnia. Na końcu promenady zobaczyliśmy napis „Tiger Camp”, przed recepcją siedziała kobieta.
- Hello, jak leci, jaka cena?
- 220 NS za namiot plus 90 NS od osoby.
Na naszą dwójkę - 400 NS. Pytamy, czy nie można ceny obniżyć. Nie, bo ona tu tylko pracuje. A menadżer gdzie? O tam, w tamtym domku, ale już wyszedł z pracy. Godzina jest wczesna, ale on skończył pracować o 13.00. To może zaglądniemy do niego? Nie, nie - tylko dzwonić można. Wysokiej ceny ruszyć nie można, bo już wysoki sezon (choć na campingu nie ma nikogo!).
- A jest tu gdzieś jakiś inny camping? - pytamy wreszcie.
- Trzy przecznice dalej, Youth Hostel.
Na recepcji nikogo. Ale jest stróż, tzw. security.
- Ile? - pytamy.
- Dwadzieścia za osobę.
- Dwadzieścia dolarów namibijskich? - pytam z niedowierzaniem, próbując ukryć zdziwienie.
- Yes.

Bierzemy. Za naszą dwójkę - 40 NS. Pewnie dlatego, że nie ma trawnika i namiot rozbijamy na piachu. Pod dorodną palemką J