piątek, 22 maja 2015
sobota, 16 maja 2015
Kasa - czyli podsumowanie wyjazdu
W sumie wydaliśmy 28 883 zł
8080 zł – koszty przygotowania do wyprawy, w tym:
Rower dla
Tomka;
Części zapasowe;
Wizy do
Namibii (musieliśmy załatwić przed wyjazdem);
Szczepienia.
2809 $ - koszty życia przez 141 dni (przy czym Eli nie było
przez 2 tygodnie ;-)
Przed wyjazdem
zakładaliśmy wydatki jednodniowe na jedną osobę 10-15 $.
Zmieściliśmy
się blisko dziesiątki J
868 $ - koszty wiz poniesione w Afryce (tzn. wszystkie poza
wizą do Namibii)
6288 zł – suma kosztów poniesionych na bilety lotnicze,
przejazdy, przewóz rowerów
(przy
czym koszt biletu Warszawa-Windhuk dla jednej osoby wyniósł ok. 2 000 zł,
natomiast
biletu Mombasa-Warszawa ok. 500 zł – ze względu na wykorzystanie mil J )
355 $ - dodatkowe koszty (w tym rafting na Zambezi czy
przewalutowania)
wtorek, 12 maja 2015
Slajdowisko w Piwnicy Pod Baranami :-)
Serdecznie wszystkich zapraszamy do KRAKOWA na pokaz zdjęć z naszej wyprawy:
08 czerwca 2015 godz. 19.00
Klub Podróżników Śródziemie
Piwnica pod Baranami
Rynek Główny 27
Ela Wiejaczka i Tomek Budzioch
Afryka 2x2 czyli rowerowa podróż poślubna
Klub Podróżników Śródziemie
Piwnica pod Baranami
Rynek Główny 27
Ela Wiejaczka i Tomek Budzioch
Afryka 2x2 czyli rowerowa podróż poślubna
WSTĘP WOLNY
niedziela, 3 maja 2015
Od tygodnia w Polsce
Niedawno przyjaciółka
uświadomiła mi, że nic nie napisaliśmy o powrocie Tomka: otóż
mój mąż również wrócił z Afryki! Wylądował w Warszawie 28
godzin później niż ja. Dotarcie do Gorlic zabrało mu kilka
kolejnych, a więc w domu zjawił się w piątek nad ranem, a w
sobotę założył garnitur i krawat i jak gdyby nigdy nic
pojechaliśmy na ślub Kingi i Damiana
Nietrudno sobie
wyobrazić, że nie byliśmy przygotowali na całonocną zabawę:
pierwszy kryzys przyszedł o 21-szej
Wypiłam kawę, zjadłam talerz marchewki (rodzina podpytywała o te
zachciankę ;-) i jeszcze raz wyszliśmy na parkiet. Niestety, od
tańczenia też odwykliśmy. Po trzech kawałkach musiałam zejść,
bo ani mięśnie, ani kolana nie wytrzymywały. Muszę zatem
zdementować mit o tzw. „dobrej formie”. Po pięciu miesiącach
pedałowania rozwinęłam mięśnie odpowiedzialne za jazdę na
rowerze - inne niestety uwsteczniając. Uczę się na nowo chodzić
po schodach (!), a po wczorajszych piętnastu przysiadach mam zakwasy
(!!).
Z wesela wróciliśmy
pierwszym busem po północy - jak nigdy ;-)
Obecnie naszym głównym
zajęciem jest jedzenie. Śniadanie na tłusto: smażone jajka,
pieczarki, cebula, papryka… chleb jest znikomym dodatkiem. Obiad
niemal codziennie mięsny, kolacje też zdarzają się na ciepło.
Delektujemy się pasztetem, majonezem, mleczną czekoladą.
Delektujemy się tym, że sklepie wszystko jest. Ja regularnie
wchodzę do supermarketu i choć niczego nie potrzebujemy, mówię:
„Kupmy coś”. Bo COŚ jest. Ten stan nadal mnie oszałamia ;-)
Od tygodnia próbujemy
zabrać się za obróbkę zdjęć, a zamiast tego spotykamy się z
rodziną i przyjaciółmi.
Tak, będą slajdy - dziś
już wiemy, że w Krakowie (w Piwnicy Pod Baranami) - 8 czerwca, w
Gorlicach data jeszcze nie ustalona.
Tak, usiądziemy do
pisania - kiedy tylko załatwimy najpilniejsze sprawy (powrót do
rzeczywistości był intensywny - zaraz po weselu musieliśmy zająć
się PIT-ami ;-).
Nie, nie mamy awersji do
rowerów. Udało nam się przeserwisować i złożyć nasze pojazdy i
wczoraj pojechaliśmy nimi do Sękowej na inscenizację Bitwy pod
Gorlicami (świetnie zresztą przygotowaną, ze wzruszenia prawie się
popłakałam). „Noga”, jak to Tomek mówi, „sama podaje”. Jest moc,
jednym słowem, choć zastanawiam się czy będzie podobnie za
miesiąc, podczas mojego wchodzenia na Ararat…
Nie kupiliśmy ani jednej
pamiątki z podróży, bo najpierw nie było jak wozić (dbaliśmy o
to, żeby sakwy były jak najlżejsze), a
potem nie było czasu (w Mombasie zajęliśmy się szukaniem kartonów
do zapakowania rowerów, rozbieraniu pojazdów i samym pakowaniem).
To chyba tyle - o to, co
napisałam powyżej, najczęściej jesteśmy pytani. Dodam jeszcze tylko, że
podczas posiłków siadam naprzeciwko męża, żeby popatrzeć na
jego twarz - bo na wyjeździe oglądałam głównie jego plecy ;-)
![]() |
| Wreszcie papierowa lektura! |
wtorek, 21 kwietnia 2015
Post kenijsko-ostatkowy
Kenijski, bo będzie o ostatnim z
przemierzanych przez nas krajów.
W którym, jak się śmialiśmy, nic
się nie działo: kilometry uciekały, dni zmieniały daty - ale poza tym nic
szczególnego. Któregoś ranka rzuciłam więc: „Żeby się jeszcze coś wydarzyło,
zanim dotrzemy do Mombasy!”. Tego samego dnia zaczęły się przygody. Pojawiły
się wioski-widma. Śniadanie zjedliśmy skromne, a zapasów nie zabraliśmy, bo mieliśmy
zatrzymać się w kolejnej miejscowości na coś konkretnego. Ale wioski nie było,
choć jej nazwa figurowała na naszej mapie. Następnej też, i kolejnej.
- Tsavo - powiedział Tomek, kiedy
kończyliśmy pod baobabem jeść chleb z masłem. - Tam coś zjemy. Jeszcze 28 km.
Bardzo liczyłam na tę
miejscowość, ponieważ poza zjedzonymi kilkoma kromkami nic więcej w sakwach nie
mieliśmy. Po chwili koło nas zatrzymał się radiowóz i policjant, który do nas
podszedł, pokazał gestem, że też coś by zjadł. Cóż, ja, kiedy jestem głodna,
oddaję się czynności poszukiwania jedzenia z determinacją znaną tylko mojemu
mężowi ;-) Zanim zatem strażnik prawa zdążył rozwinąć słowem, czego dotyczył
jego gest, szybko zalałam go potokiem informacji o swoim głodzie i
nieszczęściu, że wiosek nie ma. Odpuścił.
W Tsavo licznik pokazał 50 km.
Stanęliśmy przy bramie parku narodowego, żeby zapytać czy jest coś do jedzenia.
- Jest napój gazowany -
odpowiedział ranger.
- Ale jedzenie? - powtórzyłam z
naciskiem.
- Możecie napić się napoju
gazowanego.
Łzy stanęły mi w oczach. Byłam
jak wygłodniały zwierz, nieczuły na nic, poza kęsem uciszającym burczenie
brzucha.
Napój gazowany okazał się ciepły,
więc zrezygnowaliśmy i ruszyliśmy w stronę budowanej pod linię kolejową
estakady, która była przyczyną naszego nieszczęścia. Otóż to właśnie budowana
przez Chińczyków linia została poprowadzona przez wioskę, którą zrównano z
powierzchnią ziemi. Na mapie jeszcze istnieje - ale w rzeczywistości już nie.
Przy rzece zauważyłam kobietę
myjącą garnek. „Skoro jest gar, musi być i jedzenie”, pomyślałam. Gestem
pokazałam, że chcę jeść. „Tak”, pokiwała głową kobieta. „Chodź”, dodała. Były chapati i fasolka, które uratowały nam
skórę. Herbata imeisha - tzn. skończyła
się (często słyszeliśmy to słowo w lokalnych restauracjach - tak często, że
kiedyś Tomek powiedział: „Gdybyśmy kiedyś chcieli otworzyć restaurację afrykańską,
nazwiemy ją Imeisha”).
Nocą dotarliśmy do miejscowości
Ndi, której główną zaletą było to, że istniała ;-) Był w niej też hotel o
wdzięcznej nazwie „Stress free”. Całkiem bezstresowy się nie okazał, ponieważ
chybotliwa szybka z drzwi w końcu wypadła i skaleczyła Tomka w rękę, ale poza
tym było łóżko, woda i całkiem cicho w nocy (co jest tu nie do przecenienia! Kiedyś
rozwinę ten wątek ;-).
Kolejnego dnia naszą „ulubioną” (bo
pobocze kończy się czasem w najmniej oczekiwanym momencie, a kierowcy autobusów
i matatu są obłąkani) drogą
Nairobi-Mombasa ruszyliśmy dalej. „Do końca wyjazdu chcę mieć bochen chleba w
sakwie!”, powiedziałam.
Ostatkowy, bo to już koniec.
Ten wyjazd był dla mnie bardzo
ważny pod względem rozumienia Afryki - jej mieszkańców, bied i odrobinę tego,
kto za jakie sznurki pociąga i dlaczego tak dobrze mu idzie - oraz pod względem
bycia żoną. Przez ostatnich pięć tygodni pedałowaliśmy dzień w dzień, bez
choćby jednego pełnego dnia odpoczynku. Byłam zmęczona, bywałam wycieńczona. Dałam
się poznać mężowi od trudniejszej strony ;-) a on nadal się do mnie uśmiecha
;-) Odliczałam dni do powrotu, przez ostatnie dwa tygodnie wstawałam z bólem
mięśni, od którego łzy kręciły mi się w oku. A dziś - kiedy dotarliśmy do
Mombasy, na drugi kraniec Afryki - czegoś mi żal. Rower zapakowany, sakwy
prawie zamknięte, wracam do swoich - ale czegoś mi szkoda…
Żeby nie było zwyczajnie, z
podróży poślubnej wracamy dwoma różnymi samolotami ;-) Ja opuszczę Mombasę za
kilka godzin, Tomek dopiero jutro wieczorem. Dlaczego? Bo kupiliśmy bilety za
uzbierane mile: jeden w programie Miles & Smiles, drugi - Flying Blue. Więc
jednak warto nabijać punkty podczas latania! Ogromne dzięki dla mojego brata za
pomoc w transakcji biletowej - to on ogarnął wszystko, kiedy my tylko
„miewaliśmy” Internet ;-) Dziękujemy Wam wszystkim za wspólną podróż - zawsze z
radością czytaliśmy Wasze komentarze i słowa wsparcia.
Ale to jeszcze nie koniec - kilka
słów napiszemy już z Polski ;-)
| Daliśmy radę!!! :-) |
sobota, 18 kwietnia 2015
Zostało nam jeszcze cztery dni
Nadal
pedałujemy, ale w myślach pałaszujemy już obiad na weselu kuzynki Eli - idziemy
na nie dwa dni po wylądowaniu w Polsce. Od dwóch miesięcy ta myśl trzyma nas
przy życiu ;-) Za nami Uganda i prawie cała Kenia, dwa kraje jakże różne od
tego, co widzieliśmy wcześniej.
Już po
przekroczeniu granicy ugandyjskiej wiemy, że łatwo nie będzie - ruch
samochodowy bez porównania większy niż w poprzednich krajach. Ogromna ilość
ciężarówek i matatu (małych busów o
nieograniczonej pojemności) przejeżdża niekiedy o centymetry od naszych
rowerów, zupełnie nie zważając na bezpieczeństwo, przepisy czy pierwszeństwo na
drodze. Jazdy nie ułatwiają codzienne deszcze - najtrudniejszy odcinek mieliśmy
przed Mbarara: 25 km jazdy po właśnie przebudowywanej drodze. Czerwone błoto
oblepia nasze rowery, a przejeżdżające samochody chlapią na nas rudą, gęstą
wodą. Odkrywam kolejne strony osobowości mojej żony. Ta kobieta ponownie mnie
zaskakuje: nie przypuszczałem że zna taką ilość słów powszechnie uważanych za
obraźliwe. Rzuca nimi w przejeżdżających za blisko niej kierowców, którzy z
uśmiechem na twarzach jadą dalej nie zdając sobie sprawy, jak wyszukane epitety
podążają ich śladem.
(Piszę ten
post w świetle czołówki, ponieważ moja żona zepsuła świetlówkę. Nic
szczególnego nie zrobiła - próbowała ją włączyć. Tak twierdzi. Nie byłoby w tym
nic dziwnego, gdyby nie ten zbieg okoliczności… wczoraj stało się to samo.
Jutro sam będę włączał światło).
Gdzieś po
drodze spotykamy chłopaka z RPA, który wraca do domu rowerem z… Tajwanu!
Zaledwie rok. To on polecił nam, żeby nie jechać główną drogą na Kampalę, tylko
popłynąć promem na wyspę Bugala, największą w archipelagu wysp Ssese na
Jeziorze Wiktorii i po przejechaniu jej wsiąść na prom do Entebbe. Tak też
zrobiliśmy. Z malutkiej wioski Bukakata przedostaliśmy się promem do luku i
stamtąd wyruszyliśmy rowerami wzdłuż wyspy Bugala. Kiepskiej jakości czerwona,
niekiedy błotnista droga, wiodła nas na drugą stronę wyspy. Niewygody
podróżowania rekompensowały piękne widoki i znikomy ruch samochodowy. Mogliśmy
cieszyć się urokami lasu deszczowego i od czasu do czasu prześwitującego przez
niego Jeziora Wiktorii, największego zbiornika wodnego w Afryce.
Prom do
oddalonego o ok. 100 km Entebbe wyruszał następnego dnia o 8 rano. Za radą
pracowników przystani zjawiliśmy się nieco wcześniej, ale mimo to nie było już
miejsc siedzących pod dachem. W związku z tym spędziliśmy czterogodzinną podróż
na pokładzie, ale na szczęście deszcz nie padał zbyt mocno i mimo wiatru nie
zmarzliśmy za bardzo. Kiedy dotarliśmy do Entebbe i chcieliśmy zejść na ląd,
jeden z pracowników promu zatrzymał nas i oznajmił, że musimy uiścić dodatkową
opłatę za przewóz rowerów w wysokości tysiąca szylingów za sztukę (ok. 1,30
zł). Kiedy udałem się do kasjera, który pobierał opłaty i wystawiał kwitki,
usłyszałem, że cena wynosi 2 tys. za rower, ale zaraz wtrącił się inny
pracownik podnosząc cenę do 3 tys. Kwota była śmieszna, ale takie traktowanie i
wymyślanie ceny z kapelusza podniosło nam ciśnienie. Zaczęliśmy ostrą dyskusję z pracownikami
promu o płaceniu za kolor skóry, do której włączył się także kapitan. Kiedy
zażądaliśmy oficjalnego cennika, kapitan powiedział, że mają takowy w ministerstwie
i tam możemy to sprawdzić! Wiedzieli doskonale, że tego nie zrobimy. Po kilku
minutach słownej przepychanki nie chcąc tracić więcej czasu poszedłem z
powrotem do kasjera. Zapytałem go, jaka jest teraz cena za przewóz. „Daj mi
cztery tysiące i będzie OK”, odpowiedział. Ja na to: „Dam trzy i będzie OK”.
Wyciągnąłem rękę z banknotami, a on wypisał kwit. Wróciłem do Eli i rowerów i
powiedziałem, że już zapłacone, machnąwszy rachunkiem przed oczami kapitana
tak, żeby nie mógł zobaczyć kwoty. Opuściliśmy pokład.
Do Kampali
jechaliśmy w deszczu. Piętnaście kilometrów przed miastem zatrzymaliśmy się na
stacji benzynowej, żeby zadzwonić do Pascala, którego Ela poznała dwa lata
temu. Jakiś czas później usłyszeliśmy jego głos: „Jedźcie za mną”. Mężczyzna
przyjechał, żeby nas eskortować do swojego domu! (Na tej samej stacji
zobaczyliśmy też nagłówek gazety: „Horror! 150 osób w Kenii zginęło” - wtedy
jeszcze nie wiedzieliśmy, że chodzi o Garissę).
Spędziliśmy w
towarzystwie Pascala wspaniały wieczór. Zjedliśmy świetną kolację i przy kawie
słuchaliśmy opowieści o Ugandzie oraz o Kongo, gdzie Pascal się urodził. Rano
przywitał nas talerz z czekoladowymi jajkami! Zamiast pisanek była jajecznica,
do tego ser żółty, sok mango i ugandyjska kawa. Po śniadaniu wyruszyliśmy w
dalszą drogę - mieliśmy przed sobą jeszcze ponad tysiąc kilometrów i tylko dwa
tygodnie na wykonanie tego planu. Gdybyśmy nie wiedzieli, że są Święta
Wielkanocne, nie zorientowalibyśmy się w mieście: wszystko wyglądało tak, jak w
każdą inną niedzielę. Większość sklepów była otwarta, ludzie krzątali się koło
swoich biznesów, a na drodze panował ruch jak co dzień. Mijaliśmy po drodze
kościoły, ale nie było widać przy nich tłumów jak w Polsce i wyglądały na
zamknięte, tylko z jednego miejsca dobiegł nas śpiew świątecznego „Alleluja!”.
W drodze ku
Kenii zatrzymaliśmy się w Jinja, gdzie wreszcie udało nam się kupić pocztówki -
rzecz trudniej dostępną w Afryce niż sucha krakowska ;-)
| Czerwone błoto... |
| ...oblepia nam rowery |
| Posiłek dzielimy z ptactwem przelotnym. |
| Prom na wyspę Bugala |
| Tegoroczne pisanki ;-) |
| Droga przez wyspę |
| Jezioro Wiktorii |
| Wigilia paschalna u Pascala ;-) |
| Element wielkanocny na naszym stole ;-) |
| Bydło Ankole - rogi stanowią znaczną część masy krowy |
| Kadhai paneer - pyszny świąteczny obiad w indyjskiej restauracji w Lugazi |
sobota, 11 kwietnia 2015
Z Burundi i Rwandy
Gdybyśmy tam nie pojechali,
pewnie nigdy nie sięgnęłabym do historii tego kraju. A jest ona równie
tragiczna jak historia sąsiadującej Rwandy, tyle że rozłożona w czasie. Kiedy
zapytać kogoś o Rwandę, najczęściej kojarzy rok 1994 i 3 miesiące ludobójstwa.
A jeśli zapytać o Burundi?
W tym miniaturowym kraju (mniej
niż 28 000 km2) podobnie jak w Rwandzie mieszkają głównie dwa
plemiona: Hutu i Tutsi. I podobnie jak u sąsiadów, ich historia naznaczona jest
krwawymi konfliktami. Rok 1972 - ludobójstwo. Rok 1993 - ludobójstwo. Tyle że niezbyt
spektakularne - zbyt mało zabitych albo zbyt rozciągnięte w czasie, więc o tym
- cisza.
A może dlatego, że Burundyjczycy
nie mogą oskarżyć o swoje czyny Europejczyków?
Nie znam odpowiedzi na to
pytanie, ale moja opinia o ludobójstwie w Rwandzie przechodzi kolejną ewolucję.
Nie o tym jednak chciałam.
Jechałam przez Burundi w swego
rodzaju napięciu. Wypatrywałam starszych ludzi, przyglądałam się im, myślałam
„Ten pamięta obydwa ludobójstwa. Czy uczestniczył? Jeśli tak - po której
stronie stał? Trzymał maczetę?”.
Wiele osób na naszej drodze
trzyma maczetę. Idą w pole- ciąć kukurydzę albo banany; kobiety, mężczyźni,
również dzieci. Często idą skrajem jezdni, więc musimy przejechać bardzo blisko
nich. W Burundi, a potem w Rwandzie, jak nigdy dotąd patrzyłam na te narzędzia
jak na zagrożenie. Obserwowałam przelotnie, ale dokładnie jak trzymający
wymachuje ogromnym nożem. Wiedziałam, że w kraju jest spokojnie i nic nam nie
grozi, podświadomie jednak pierwsza uśmiechałam się do spotykanych ludzi i pozdrawiałam ich, żeby wywołać przyjazną reakcję.
Taką samą bronią zabijali. Nie
karabinem, nie granatem - tylko maczetą, z bliska, patrząc ofierze w oczy.
W Rwandzie zgadywaliśmy, ile lat
mają mijani ludzie. Każdy kto ma ponad ćwierć wieku, coś z ludobójstwa pamięta.
Starsi musieli brać w nim udział, każdy z nich - po jednej albo drugiej
stronie…
W Nyamata zajechaliśmy do kościoła, w którym zabito w ’94 kilkaset osób. Kościół jest
przemianowany na miejsce pamięci, w środku leżą ubrania ofiar. Stosy ubrań. Ale
zanim dotarliśmy pod kościół, zobaczyliśmy na pobliskim polu dziesiątki osób
ścinających trawę - maczetami. Ciarki przeszły mi po plecach. Tak tu ścinają
trawę, nie tylko w Rwandzie, ale tutaj, w miejscu podobnym do naszego
Oświęcimia (a jednak bardzo różnym - tu sąsiad ciął sąsiada, to nie obcy, który
przybył z zewnątrz) robi to piorunujące wrażenie.
A oni „tylko” uprzątali, bo
zbliżał się kwiecień, 21-sza rocznica ludobójstwa - uprzątali cmentarz.
Czyż nie ironia? Uprzątać
cmentarz maczetą?
| Publika w Burundi |
| Frank burundyjski, tzw. faranga - brało "lekkie" obrzydzenie, kiedy trzeba było wziąć banknot do ręki |
| Na granicy Burundi-Rwanda |
| Dawny kościół w Nyamata - dziś memoriał |
| Uprzątanie cmentarza maczetami |
| Centrum Nyamaty były zaskakująco wyludnione |
| Nyanza pod Kigali - kolejne miejsce pamięci po ludobójstwie z 1994 r. |
| Nazwiska osób pochowanych w Nyanza - szacuje się, że w całej Rwandzie zginęło wtedy ok. 1 mln osób |
| Rwandyjskie piwo |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


